Ludzie się na nią gapili. Wiedziała, że mają ją za dziwaczkę, może nawet za wariatkę; zawsze była dzika, a teraz przekroczyła już granice rozsądku, mieszka sama w dżungli i pewnie jeszcze huśta się na lianach, przelatując z drzewa na drzewo! Więc wyprawy do Narabalu stawały się coraz rzadsze. Szła tam tylko wtedy, kiedy absolutnie nie mogła już tego uniknąć. W dniu, w którym znalazła rannego Ghayroga, od jej ostatniego tam pobytu upłynęło ponad pięć tygodni.

Tego ranka przedzierała się przez podmokłe łąki, kilka kilometrów na północny wschód od chaty, zbierając słodkie żółte grzybki, znane jako kalimboty. Wypełniła nimi worek i właśnie zamierzała zawrócić, kiedy kilkaset metrów dalej dostrzegła coś dziwnego; jakąś postać o błyszczącej metalicznie szarej skórze i grubych, gładkich członkach, leżącą w nienaturalnej pozie pod wielkim sijaneelem.

Przypominała drapieżnego gada, którego jej ojciec i brat zabili kiedyś w kanale Narabal: smukłe, długie, powolne stworzenie o wygiętych szponach i pełnej kłów szerokiej paszczy. Lecz gdy się zbliżyła, dostrzegła, że ta istota jest nieco podobna do człowieka: ma wielką okrągłą głowę, długie ramiona, mocne nogi. Sprawiała wrażenie martwej, ale gdy Thesma podeszła bliżej, stwór poruszył się słabo i powiedział:

— Coś sobie uszkodziłem. Byłem głupi i zapłaciłem za głupotę.

— Możesz poruszyć rękami i nogami?

— Rękami tak. Jedna noga jest złamana; możliwe, że także kręgosłup. Pomożesz mi?

Przykucnęła i przyjrzała się istocie. Rzeczywiście, było w niej coś gadziego: błyszcząca łuska i gładkie, twarde ciało. Włosy miała dziwne, gęste, grube i czarne; wiły się powoli, same z siebie. Jej język był językiem węża: jaskrawoczerwony, rozwidlony, drżał bezustannie między cienkimi wargami.

— Kim jesteś? — spytała.

— Jestem Ghayrogiem. Wiesz coś o nas?

— Oczywiście — powiedziała, ale tak naprawdę wiedziała bardzo niewiele.



8 из 322