
W szczelinie pojawia się mała, błyszcząca kapsuła. Drżąc ze zdumienia i zachwytu Hissune wsunął ją do urządzenia odtwarzającego i włożył hełm. Usłyszał trzaski. Pod zamkniętymi powiekami zobaczył przemykające pasma zieleni, błękitu, purpury. Czy to działało? Tak! Czuł obecność innego umysłu. Ktoś zmarł dziewięć tysięcy lat temu i jego umysł — jej umysł, to kobieta, młoda kobieta — wypełniał teraz umysł Hissune'a. Już nie był pewien, czy jeszcze jest Hissunem z Labiryntu, czy może już tą… tą Thesmą z Narabalu…
Z lekkim, radosnym jękiem Hissune uwolnił się od swej osobowości, z którą żył przez czternaście lat, i pozwolił, by opanowała go dusza obcego człowieka.
THESMA I GHAYROG
1
Już od pół roku Thesma mieszkała sama we własnoręcznie skleconej chacie w gęstej tropikalnej dżungli jakieś dziesięć kilometrów na wschód od Narabalu. Nie docierały tu chłodne wiatry znad morza; ciężkie, wilgotne powietrze przylegało do skóry jak mokre futro. Thesma nigdy przedtem nie mieszkała sama i na początku zastanawiała się, jak sobie z tym poradzi, ale przedtem także nigdy nie wybudowała własnoręcznie chaty. Chata wyszła jej całkiem nieźle — ścięła smukłe młode sijaneele, zdarła z nich złotą korę, śliskie, ostre końce wbiła w wilgotną ziemię i oplotła konstrukcję pnączami, za dach posłużyło zaś pięć związanych wielkich niebieskich liści vrammy. Nie było to bynajmniej arcydzieło architektury, ale deszcz nie padał jej na głowę, a o chłody mogła się nie martwić. Wystarczył miesiąc, by sijaneele, choć przycięte i okorowane, wypuściły korzenie oraz młode skórzaste liście przy wierzchołkach, tuż pod dachem; pnącza także żyły, wyrastały z nich coraz to nowe odnóża, grube i czerwone, które szukały, aż wreszcie znalazły żyzną ziemię. Teraz więc dom Thesmy kwitł, z dnia na dzień był coraz trwalszy i bezpieczniejszy, liany z wiekiem stawały się mocniejsze, sijaneele wrastały w ziemię, a Thesmie bardzo się to podobało. W Narabalu nic nie pozostawało martwe przez dłuższy czas, powietrze było zbyt ciepłe, słońce zbyt jasne, deszcze zbyt obfite; wszystko bezustannie zmieniało się w coś innego z szaloną, nieopanowaną, radosną łatwością tropików.
